Eurojackpot to loteria, którą ludzie albo totalnie krytykują za marne szanse i…
Dzisiejsze wieczorne losowanie Eurojackpot wypadło akurat wtedy, kiedy składałem depozyt na swój "przyjemnościowy" budżet tygodniowy – i co? Przyjemność z samej gry skończyła się na tym, że przez pięć minut wpatrywałem się w ekran, jakby losowanie miało mi odpowiedzieć, dlaczego za te same pieniądze nie mogę sobie kupić normalnej kolacji, która nie spali się w piekarniku. Żeby nie było, że tylko narzekam – sprawdziłem po raz setny, dlaczego totalnie nie rozumiem tych, co bronią tej loterii jak szaleńcy. Przecież to nie spin w automacie, gdzie przynajmniej masz te sekundy emocji. Tu? Dwa razy w tygodniu dostajesz 20 sekund na to, żeby poczuć się trochę ważniejszym niż jeden z 119 milionów innych numerów. Aż trudno uwierzyć, że ktoś to traktuje poważnie – no chyba, że naprawdę wierzy, że te dwa dodatkowe numery z 2/12 to jakieś zaklęcie szczęścia. Co Wy na to? To w ogóle jest gra, którą da się analizować, czy to tylko kolejny sposób, żeby oddać kasie 30% twojej przyjemności na tydzień?
I keep my own spin/hit spreadsheet 📊
pierwszego dnia, kiedy mi te numery wyskoczyły z gniazda jak źle wylęgnięte kurczęta, myślałem że mam już w kieszeni wagon forsy i bilet na stałe do luksusowej niszy—do dzisiaj nie mogę patrzeć na czwartkowy wieczór bez tej nutki w gardle. trustthe_reels_zone mówi, że te dwadzieścia sekund to tyle co rzucenie okiem na przygaszony monitor telewizora, a ja ci powiem—dokładnie o to chodzi. bo loteria to nie żaden „spin” gdzie masz kilka sekund suspensu i huk kolorowych świateł co psują nerki; to twoja własna, mała porcja wieczornego smutku, którą sobie regularnie odgrzewasz w mikrofalówce. totalizator sportowy ładnie zapakował ten produkt w europejski papier ścierny—piątki wieczorem, losowanie gdzie nie ma sensu ani procesować numerów, ani martwić się marżą, bo i tak wiesz że wygrasz mniej niż wynika z ceny biletu, jakby ktoś kazał ci kupić hot doga w centralce, a potem go ściął o połowę bo „no cóż, akurat dziś mamy promocję”. oni to nazywają narodową grą polski, a ja nazywam to po prostu dobrym sposobem na to, żebyśmy co tydzień wpłacali naszemu państwu datek na nieprzespane noce i zrzucali trochę własnej godności do kosza razem z paragonem. gorzej jest tylko w automatach, bo tam przynajmniej masz tę złudną szansę na jakiś puls emocji—tutaj dostajesz tylko gwarancję, że za chwilę znowu będziesz siedział przed ekranem, kombinował jak to zrobić żeby ten jeden zestaw numerów jednak nie okazał się najgłupszą rzeczą, na jaką wydałeś pieniądze od czasu, kiedyśmy jeszcze kupowali bilety w kiosku na papierku zamiast klikać „kupuję” na trzeciej stronie gov.pl. aha, i te dwa dodatkowe numery? one są tam tylko po to, żebyśmy mieli czym dławić się przez pół minuty, kiedy zobaczymy, że jednak znów nic nie wylosowało się poza naszym numerem, który i tak powinien zostać w koszu do segregacji na makulaturę. no dobra, rzućcie jeszcze swoje „ale co jeśli właśnie ja trafię?”—odpowiem krótko: jeśli trafisz, to i tak będziesz musiał udawać, że to nie był przypadek i że masz jakiś system, bo społeczeństwo nie wybacza szczęściu, które nie pochodzi z własnej klasy. gra towarzyska, a nie inwestycja, więc nie dziwcie się, że analitycy na forach oburzają się jakby ktoś ich okradł z rozumu—w końcu obiecują sobie przecież, że to raz coś się wyłoży, ale wiedzą, że to mrzonka. bo pamiętajcie: jeśli loteria to chleb powszedni, to chleb ten jest tak suchy, że można nim rozbijać beton. a my, z naszymi numerami wpisanymi w komputer w czwartek wieczorem, jesteśmy po prostu najlepszym dowodem na to, że polak potrafi marzyć na dwa tygodnie do przodu. zupełnie jak z tym obiadem spieczonym w piekarniku—całe szczęście, że przyjemność z gry jest tak szybko tracona, bo inaczej bylibyśmy chyba wszyscy w histerii z byle powodu. no dobra, lecimy dalej—ktoś wreszcie dostanie te swoje miliony, a reszta znowu będzie liczyć straty w głowie.
It's all hit and busted before, folks.
No ale serio… 😅 skoro loteria jest co Piątek wieczorem, to co to właściwie znaczy „transgraniczna”? Jak to działa, że losowania są w jeden dzień, ale obejmują jakieś 11 innych krajów naraz? Bo jeśli my w Polsce gramy w tą samą piątkę co np. Niemcy czy Finlandia, to kto tam tak naprawdę wygrywa? Cały ten system to dla mnie jakieś zaklęte koło, a ja tu dalej czekam, aż w końcu te moje dwie małe szóstki trafią na swoje miejsce… chociaż wiem, że to totalny absurd. Dla mnie to wciąż tylko taka dziwna europejska masówka numerów, którą się podkrada przez internet zamiast ze zwykłego kiosku. To niby jakaś wspólnota, czy jak? 🤔
Learning to clear wagering, go easy 🙏
no i teraz dostajesz to pytanie od nowicjusza, który czuje się jak ktoś co trafił na zebranie kibiców ekipy „119 milionów” i nie wie dlaczego wszyscy krzyczą w jednym rytmie. transgraniczna w Eurojackpot to po prostu taki finał europejskiego remiku, gdzie 12 państw wcisnęło swoje numery do jednego worka i powiedziało „no dobra, losujemy raz, a wygrywa ten kto trafi zestaw — choćbyśmy mieli podzielić się kosztami promocji i budowy dachu nad głową szczęścia”. więc ty kupujesz bilet w Polsce, a ten bilet liczy się równo w Finlandii, we Włoszech i jeszcze gdzieś między nimi, bo system totalizatorowy (ten sam co w Totalizatorze Sportowym) wymienia numery między krajami jakby były kartami do e-sportowej ligi—kto trafi zestaw, ten dostaje kasę, a reszta może sobie liczyć straty w myślach.
przykład na dzisiejszy wątek: wczoraj, jak trustthe_reels_zone wsadzał depozyt na „przyjemnościowy budżet”, to w tym samym momencie w Niemczech facet numer 743276 mógł akurat walczyć o główną nagrodę z hiszpanką numer 981044—oba ich bilety są legalne, oba liczone w jednym worku, i oboje dostali tą samą szansę na to, żeby za chwilę zastanawiać się, dlaczego ich kolacja znowu wygląda jak wklejka z książki kucharskiej dla osób z alergią na szczęście. tylko że ty jesteś tu w Warszawie, patrzysz na ekran, a tamci patrzą na ten sam ekran—wszyscy w tym samym czasie, wszyscy z tym samym zestawem numerów do sprawdzania. to jak grać w piłkę nożną, ale boisko jest w całej europie, bramkarze są wszędzie naraz, a sędzia pokazuje koniec meczu o tej samej godzinie we wszystkich językach.
i co z tego? no cóż, że ten system 5/50 + 2/12 to trochę tak, jakby totalizator poszedł do pracy i zamiast sprzedawać jeden bilet, sprzedał 12 biletów w jednej paczce—liczysz na to, że może twój mały numer okaże się tym jednym, który przetrwał tą europejską masówkę… ale pamiętaj, że i tak większość wraca do państwa jak spieczona kolacja—zawsze ładniejsza w reklamie niż w rzeczywistości.
Busted more than you've deposited 😉
ej no ale właśnie pamiętam jak raz w czwartek o 19:42 walczyłem z tym drugim zestawem, tymi dwoma numerami z 2/12, i naprawdę miałem wrażenie że akurat mój plik z losowaniami w excelu coś mi tam zaświtało—tylko tyle, że po chwili wyskoczyło "2" i "9", a ja od razu wiedziałem że to nie trafienie tylko moment, kiedy totalizator sportowy znowu mnie przycisnął do tablicy wyników tak mocno, że aż musiałem się odchylić od ekranu. i wiesz co? że przez te 20 sekund które TrustTheReels_Zone nazwał „przygaszonym monitorem telewizora” ja właśnie wpatrywałem się w ten sam ekran co facet w Barcelonie albo pani w Finlandii—i jakoś tak się składa że mieliśmy dokładnie tą samą szansę na to, żeby poczuć się jak idioci w tej samej sekundzie. bo jak się nad tym zastanowić, to Eurojackpot to jedyna gra gdzie twoja porażka jest od razu europejską pomyłką—wszyscy razem dostajemy ten sam koszyk numerów i wszyscy razem tracimy, tylko że ja jeszcze muszę te 3,60 zł wydane na bilet zliczać w kategorii „datek na kulturę”, bo przecież to „narodowa gra polski”. no chyba że komuś akurat wali się dom na głowę i losowanie jest dla niego ostatnią deską ratunku—wtedy to już nie jest loteria, tylko totalna katastrofa z bonusowym biletem do kibicowania własnemu pechowi.
Busted more than you've deposited 😉
Czy ktokolwiek z Was kiedyś poczuł się po losowaniu Eurojackpot jak ten koleś, co wyskakuje z krzesła po golu w ostatniej minucie, a potem słyszy sygnał końca meczu zza okna? Przecież to dokładnie ten sam mechanizm: cała Europa wstrzymuje oddech naraz, 119 milionów numerów kombinuje się w jednym worku, a my stoimy tam z naszymi dwoma dodatkowymi numerami i liczymy, że akurat te dwa cyfry o 20:17 w czwartek staną się nie tyle szczęśliwe, co jedyne, które nie trafiły do kosza na śmieci Totalizatora Sportowego. Nie analizuję tego jak hazard, bo z hazardem ma tyle wspólnego co zgrzana kolacja popełniona w fotelu — ulotna chwila ulgi, która zaraz zasklepia się w smak gorzkawej porażki. Widzicie w tym jakiś system poza tym, że płacimy za bilet własnoręcznie wbijając go w formularz gov.pl w niedzielę wieczorem, a następnie dwa razy w tygodniu modlimy się do losowego algorytmu, który ma tyle ludzkiego współczucia co automat pralniczy o północy? Bo ja nie. Czy zatem to jest gra dla marzycieli, którzy lubią gromadzić się w internetowych katakumbach co czwartek o 19:45, czy jednak ukryta kara za to, że raz na jakiś czas wolimy zaufać maszynie losującej niż sobie samym? Czekam, aż ktoś mi powie, że jednak w którymś momencie jeden z 119 milionów wyciągnie ten konkretny zestaw numerów — i niech to nie będzie odpowiedź typu „może kiedyś”, tylko coś więcej niż zwykłe westchnienie nad spieczoną kolacją.